wtorek, 30 września 2014

Małe opóźnienie

Rozdział pojawi się, tak jak obiecałam, tylko z lekkim opóźnieniem.
Nie wiem dokładnie kiedy, ale w październiku.
Przepraszam i dzięki, że tu jesteście (:

piątek, 29 sierpnia 2014

Informacja #1

Miło widzieć, że zagląda tu jeszcze przynajmniej jedna osoba.
Postaram się wznowić bloga, jeśli tak się stanie rozdział pojawi się pod koniec września.
Dziękuję ty, którzy są tutaj jeszcze.
Robię to dla Was.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Rozdział 10

Przyjdzie taki dzień, kiedy wszystko legnie w gruzach. Wszystko, co budowałeś przez całe swoje życie zniknie. A ty nie będziesz wiedział co zrobić. Tak właśnie czułam się, gdy Carlo zachorował i musiałam zabrać go do szpitala. Okazało się, że jest śmiertelnie chory. Przychodziłam do niego codziennie i spędzałam razem z nim cały dzień. Lekarze uprzedzali, że choroba jest zakaźna, lecz mnie to nie dotyczyło. Kolejna osoba, którą kochałam umierała, a ja znów nie mogłam nic zrobić.
 - Nie płacz, Véronique- powiedział mój ukochany dziadek, kiedy umierał. Miałam wtedy 8 lat, a jego śmierć była dla mnie końcem świata. - Ale odchodzisz, zostawiasz mnie- odparłam łkając i wtuliłam się w ramię staruszka
- Zawsze będę przy tobie. Wystarczy, że o mnie pomyślisz.
To były ostatnie słowa, jakie wypowiedział. Nie chciałam odejść od ciała dziadka, dopiero moja matka przekonała mnie, że musimy dać mu odejść w spokoju.
Wspomnienie sprzed lat zjawiło się w mojej głowie zupełnie niespodziewanie. Spojrzałam na łóżko, na którym leżał Carlo. Chłopiec spał spokojnie. Przypomniał mi się mój dziadek. Zmarł, gdy byłam małą dziewczynką. Żadna śmierć bliskiej osoby nie była tak bolesna jak dziadka. Żadnej tak nie przeżyłam. Może było to spowodowane moim młodym wiekiem? Lub tym, że do nikogo nie przywiązałam się tak jak do niego? Nawet śmierci mamy nie przeżyłam tak mocno. Czy Carlo był dla mnie ważniejszy niż staruszek? Nie potrafiłam na to odpowiedzieć. Wiedziałam, że nie mogę dopuścić, aby odszedł. Codziennie szukałam jakiegoś lekarza, który mógłby pomóc chłopcu, ale na nic się to zdało. Wszyscy bezradnie rozkładali ręce.
- Mamy coś, co pomoże pani synowi- oznajmił pewnego dnia lekarz.
- Naprawdę? To świetnie!- krzyknęłam uradowana.
- Tak, tylko jest to chwilowe. Carlo umrze, ale później.
Moja radość opuściła mnie równie szybko jak przyszła. On i tak miał mnie opuścić. Tylko jedna osoba może mi pomóc. Problem w tym, że nie mam pojęcia gdzie teraz jest. Zabrałam chłopczyka do domu i położyłam do łóżka. Usiadłam na fotelu myśląc jak znaleźć Luciena. Wydawało się to niemożliwe, lecz ja nie zamierzałam się poddawać.
- Nie potrafię. Nie umiem tego zrobić- powiedziałam, kiedy po raz kolejny nie udało mi się zabawki.
- Bo nie wierzysz, że potrafisz. Jeśli bardzo chcesz możesz nawet latać- odpowiedział dziadek.
- Latać? Ja chcę latać! Jak,dziadku, jak?
-Zamknij oczy- powiedział i zakręcił mną w powietrzu.
Śmiałam się i krzyczałam, tak długo, dopóki mnie nie postawił na ziemi.
- Jeszcze raz, dziadku. Proszę.
Próbowałam wszelkich  sposobów, żeby się z nim skontaktować. Niestety, na próżno. Wyglądało na to, że nie chciał mieć więcej ze mną nic wspólnego.
Każdego dnia starałam się zapewnić Carlo największy komfort. Spędzałam z nim każdą minutę. Myśl, że wkrótce nie będę mogła tego robić, rozdzierała mi serce. Byłam zła na Luciena, że nie zjawia się, ani nie odpowiada mi. Zła na lekarzy, że nie potrafią mu pomóc. Zła na siebie, że nie mam wystarczającej mocy. Lucyfer mówił, że mogę zrobić wszystko, a niczego mnie nie nauczył. Wstałam z krzesła, które było przy łóżku chłopca. Weszłam do kuchni i przewróciłam miskę, która znajdowała się na stole. Oparłam łokcie o szafkę, chwytając się za głowę. Mogłam jedynie przyglądać się jak umiera. Dlaczego  nie mogę nic zrobić?!- krzyczałam w myślach.
- Dlaczego płaczesz?
- Mój piesek umarł, dziadku- odpowiedziałam, wpatrując się w zwierzę.
- Co się z nim teraz stanie? Pójdzie do nieba dla piesków?
- Pewnie tak. Był przecież dobrym psem, prawda?
- Nigdy mnie nie ugryzł.
- W takim razie zobaczycie się jeszcze- odpowiedział, przytulając mnie.
Dziadek zawsze potrafił znaleźć pozytywne strony. Nie ważne co się działo, on zawsze był przy mnie. Strasznie żałowałam, że nie ma go tu teraz. On na pewno znalazłby jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze to robił.
 - Nauczysz mnie pływać? Proszę.
- Umiesz chodzić, latać, a teraz chcesz pływać?- spytała uśmiechając się.
- Tak! Wtedy będę mogła zrobić wszystko.
- Dobrze, zatem chodź.
Wziął mnie za rękę i poprowadził w stronę wody.
Nauczył mnie wszystkiego. Oprócz tego jak mam poradzić sobie sama.
  Po moim policzku spłynęła łza. Usłyszałam jak Carlo kaszle. Weź się w garść. Nie czas na to. Zadbaj najpierw o chłopca.- rozkazałam sobie. Pobiegłam pod jego pokój i uchyliłam drzwi.
- Wszystko dobrze?- spytałam, wchodząc o pomieszczenia.
Niestety on nie mógł odpowiedzieć, gdyż zaniósł się potwornym kaszlem. Zaczął pluć krwią. Wpadłam w panikę. Nie wiedziałam co mam robić. To nie może się tak skończyć. On nie może ode mnie odejść. Przecież miał przed sobą wiele lat życia. To niesprawiedliwe.
- Carlo! Carlo. Nie..proszę..- wydusiłam przez łzy.
Chłopiec przestał się dusić. Spojrzałam mu w oczy.
- Nie płacz, Véronique. Zawsze będę przy tobie. Kocham cię- wyszeptał i chwycił mnie za rękę. Próbował się uśmiechnąć, lecz nie mógł. Widziałam jak jego oczy gasną. Uścisk jego dłoni zelżał. Przymknął powieki, które już nigdy nie miały zostać otwarte. Jego głowa leżała bezwładnie na poduszce, w kroplach krwi. Klęczałam przy nim i nie mogłam pojąć co się właśnie wydarzyło. Nie chciałam tego pojąć. Lekarstwo przecież miało dać mu więcej czasu. Nie rozumiałam co poszło nie tak. Nie płakałam. Przykryłam go kołdrą. Udałam się do szpitala, aby wyjaśnili mi co się stało. Lekarz również był zaskoczony. Wróciłam do mieszkania razem z doktorem, aby zabrał ciało. Kiedy wyszedł, położyłam się i wtedy dotarło do mnie co się dziś stało. Co działo się przez ostatnie kilka dni. Pierwsze łzy płynęły po mojej twarzy. Nie trwało długo zanim rozpłakałam się na tyle, że nie panowałam nad sobą. Kiedy udało mi się zasnąć, miałam koszmary. Nie pamiętałam jakie. Może to i lepiej. Czułam się pusta. Zostałam zupełnie sama. Nie wiedziałam co mam robić.
***************************

sobota, 22 marca 2014

Rozdział 9

Wszystko układało się znakomicie. Wychowanie Carlo nie sprawiło nam większych problemów. Wydawało mi się, że Lucien przywiązał się o tego chłopca przez te 4 lata, oczywiście on za nic w świecie by się do tego nie przyznał. Niestety mój podopieczny dorastał, stawał się mądrzejszy i zaczął zauważać, że coś jest nie tak. Nie miałam pojęcia jak długo jeszcze uda mi się utrzymać prawdę w sekrecie przed nim.
Był zwykły dzień, chłopiec był w szkole, a ja szykowałam posiłek.
- Musimy porozmawiać- oznajmił narzeczony, wchodząc do kuchni.
- O czym?- spytałam, obracając się w jego stronę.
- O dziecku. Musimy się go pozbyć. Wczoraj zaczął zadawać pytania.
- Ale ja nie mogę go oddać. Gdzie on pójdzie? Co zrobi?
- Zajmie się nim ktoś inny- powiedział.
- Nie, nie. Jeszcze nie. Powiemy mu coś, jakoś wyjaśnimy, ale nie róbmy tego.
- Mówiłem ci, że w końcu i tak będziemy musieli to zrobić, a ty mnie nie słuchałaś. Za bardzo się do niego przywiązałaś. Jeszcze się nie nauczyłaś, że ludzie odchodzą? Kiedy w końcu do ciebie dotrze, że przez uczucia cierpisz?
- Mam przestać czuć? Mam się zmienić w potwora bez serca? Mam być tobą?
Dla Luciena tego było za wiele. Wstał, przewracając krzesło i wyszedł, trzaskając drzwiami. Usiadłam przy stole i ukryłam twarz w dłoniach. Nie powinnam była tego mówić. Lucien bywa bezwzględny, ale chyba ma do tego prawo. I nie był bez uczuć, mimo swojej natury obdarzył uczuciem mnie. Teraz może zrobić wszystko. Kiedy jest zły, traci nad sobą panowanie. Przeze mnie może ktoś ucierpieć. Podniosłam się i wybiegłam za nim. Stanęłam na środku ulicy, nie wiedząc gdzie mógł pójść. Skupiłam się, próbując go odnaleźć, lecz najwyraźniej uniemożliwił mi to. Wtedy znalazłam się w zupełnie innym miejscu. Biegłam, byłam zła. Zła to mało powiedziane, byłam wściekła. Wściekła na wszystko, nawet na ludzi przechodzących obok. Jakim prawem oni byli tak szczęśliwi. Najbardziej zła byłam na siebie. Nie wiedziałam dlaczego i nagle zrozumiałam, ze to nie moje uczucia tylko Lucyfera. Byłam w jego głowie. Zobaczyłam, że biegnie w stronę domu dziecka. Natychmiast się tam przeniosłam. Ujrzałam jak wściekły przybiera swą prawdziwą postać. Jego głowa i kończyny wydłużyły się, a czarne skrzydła rozdarły koszulę. Większość ludzi przeraziłaby się, uciekła jak najdalej, ja jednak stałam zafascynowana. Nie odczuwałam strachu. Podeszłam bliżej i położyłam rękę na ramieniu ukochanego. Ten odwrócił się w moją stronę. Spojrzałam w jego oczy. One jako jedyne nie zmieniły się. Wciąż była w nich ta głębia, w której tak często się zatracałam.
- Przepraszam- wyszeptałam- Nie powinnam była tak mówić.
Nie odpowiedział.
- Wróć do domu.
- Moim domem jest Piekło- powiedział i zniknął.
Wróciłam do mieszkania i czekałam na Carlo.
- Gdzie jest Lucien?- spytał, gdy kładł się spać.
- Musiała coś załatwić. Wróci za parę dni- odparłam. A przynajmniej taką mam nadzieję.
Lucyfer nie pojawił się przez tydzień. Pewnego dnia, gdy chłopiec wyszedł, udałam się do Piekła. W końcu ostatnim co powiedział była wzmianka o tym, że  Piekło to jego dom. Ja uważałam inaczej. Dom był tam gdzie rodzina, gdzie osoby, które kochasz. Chodziłam korytarzami szukając narzeczonego. Demony mówiły, że ich pan wciąż jest na Ziemi. Po przeszukaniu większości sal i korytarzy, wróciłam na powierzchnie. Nie miałam pojęcia gdzie szukać ukochanego. Przymknęłam powieki i wyobraziłam sobie plażę, ocean, błękitne niebo. Kiedy otworzyłam oczy, znajdowałam się w takim miejscu. Usiadłam na gorącym piasku i wpatrywałam się w wodę. Przestałam myśleć, pozbyłam się wszelkich emocji. Liczył się tylko spokój i cisza. Potrzebowałam tego. Zaczęłam myśleć trzeźwo. Nie znajdę Diabła, jeśli on tego nie chce. Powinnam się zająć sobą i chłopcem, który nie poradzi sobie sam. Jeśli będzie chciał wrócić, zrobi to. Udałam się z powrotem do Carlo. Już na mnie czekał.
- Gdzie byłaś, Véronique?
- Załatwić pewną sprawę- odparłam z uśmiechem.- Chodź czas na obiad- poprowadziłam dziecko do kuchni.
Zjadłam posiłek razem z nim i położyłam się spać. Nie czułam smutku ani pustki,które towarzyszyły mi przez ostatni tydzień. Czułam się wolna. Czułam, że mogę wszystko. Było to jedno z najcudowniejszych uczuć, uczucie, że jesteś zdolna do wszystkiego.
***********************************************************
Przepraszam za tak dużą przerwę. Czekam na Wasze szczere opinie (;

niedziela, 2 marca 2014

Rozdział 8

Luciena nie ucieszyła zbytnio wiadomość, że od teraz będzie w naszym domu dziecko. Jednak moim większym zmartwieniem był chłopiec.
- Jak masz na imię?- spytałam, gdy przestał płakać.
- Carlo.
- Ja jestem Véronique, a to Lucien- wskazałam ręką na siebie i narzeczonego.
Pokiwał nieśmiało głową na znak, że rozumie. Zaprowadziłam chłopca do kuchni, podałam mu jedzenie, a gdy zjadł położyłam go w moim pokoju, a sama poszłam spać do pokoju Luciena.
- Gdzie moja mama?- odezwał się przy śniadaniu.
 Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. Jak wytłumaczyć 7 letniemu dziecku, że jego matka nie żyje. Przełknęłam ślinę i obróciłam się w stronę dziecka.
- Twoja mama..ona została na plaży.
- Czy ona po mnie przyjdzie?
- Prawdopodobnie nie.
Carlo natychmiast się rozpłakał, pobiegł do mojego pokoju i zamknął drzwi. Westchnęłam i usiadłam na krześle.
- Zrobiłaś to wyjątkowo delikatnie- powiedział z kpiną Lucyfer, wchodząc do kuchni.
Niechętnie, ale przyznałam mu rację. Nie miałam pojęcia o dzieciach.
- Wiesz, że prędzej czy później będziesz go musiała oddać?
Nie myślałam o tym wcześniej i nie zamierzałam przez najbliższy czas.
- Pójdę do niego- zakomunikowałam, wychodząc z kuchni.
Podeszłam pod drzwi i zapukałam. Kiedy nie usłyszałam odpowiedzi, nacisnęłam klamkę. Weszłam i rozejrzałam się po pokoju. Nigdzie nie było Carlo. Zaczęłam się denerwować. Moje serce przyspieszyło. Pobiegłam z powrotem do Luciena.
- Nie ma go, zniknął.
- Poszukamy go- obiecał, podchodząc do mnie.
- Gdzie on mógł pójść?
- Tam gdzie ostatni raz wdział swoją matkę.
- Przecież nie dojdzie na plażę pieszo.
- Przynajmniej  wiemy gdzie idzie.
Wyszliśmy z mieszkania i ruszyliśmy w stronę plaży.
- Możesz go zaleźć. Skup się. Pomyśl o nim. Co czułaś, gdy go ratowałaś?
Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie chwilę, kiedy ujrzałam Carlo biegnącego w stronę fali. Wszystkie emocje wróciły. Panika, strach, chęć ratowania go. Zobaczyłam dziecko idące uliczką, rozglądające się na boki.Nie ma pojęcia gdzie jest.  Zauważył jakiś znak z ulicą, ale nie zwracał na niego uwagi.
- Wiem gdzie on jest.
Lucyfer chwycił mnie za rękę i przenieśliśmy się. Zaczęło padać. Chłopiec szedł w naszym kierunku, kiedy nas ujrzał przystanął na chwilę. Po chwili ruszył w naszą stronę i rzucił mi się na szyję.
- Ja chce do domu. Zabierzesz mnie do domu?- spytał, wtulając się się we mnie.
- Tak, chodźmy.
Musieliśmy wrócić w normalny sposób. Przestałam zwracać uwagę na takie rzeczy jak deszcz, bo i tak nie mogłam zachorować. Niestety Carlo mógł, a ja o tym zapomniałam. Kiedy  przybyliśmy do domu, położył się spać. Ja udałam się do kuchni, by przygotować coś do jedzenia.
- Zależy ci na tym dziecku.- stwierdził Lucien, stając obok mnie.
- Tak.- opowiedziałam po prostu.
Na początku miałam wyrzuty sumienia, że przeze mnie nie ma matki, ale zaczęło mi na nim zależeć.
Zjadłam z Lucienem posiłek i również poczułam zmęczenie. Poszłam o pokoju i położyłam się. Od razu zasnęłam. Obudziłam się w nocy, słysząc głosy.
- Co się znowu dzieje?- pytał narzeczony.
Nie usłyszałam odpowiedzi.
- Véronique śpi. Czekaj tu.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
- Masz, wypij to. Pomoże.
Lucyfer wrócił do pokoju.
- Co się stało?
- Przeziębił się. Dałem mu lekarstwo.
- Czyli co?- spytałam, podnosząc się.
- Nic takiego.
Nie sprawiło to, że przestałam się niepokoić, ale postanowiłam mu zaufać.
Wstałam koło godziny 7 rano. Poszłam o łazienki, ubrałam się.
- Chcesz spalić dom? Ostrożnie.- usłyszałam głosy z kuchni.
Weszłam do pomieszczenia i zobaczyłam chłopca smażącego naleśniki, Luciena siedzącego przy stole i popijającego kawę.
- Dzień dobry, Véronique.- odezwał się Carlo.
- Dzień dobry.- odezwałam się, nie wiedząc co o tym myśleć.
Diabeł uczący smażyć naleśniki małego chłopca, to dość nietypowy widok. Lucyfer prychnął. Uśmiechnęłam się, wyjmując trzy talerze. Rozstawiłam je na stole i usiałam na drugim końcu stołu, obserwując dziecko. Byłam szczęśliwa. Chciałam, żeby było tak już zawsze.

*************************
Kolejny rozdział pojawi się za dwa tygodnie. Mam nadzieję, że ten się podoba (;

środa, 12 lutego 2014

Rozdział 7

Długo chodziłam po plaży rozmyślając. Nie chciałam wracać do domu. Lucien by mnie nie zrozumiał. Nie miałam mu tego za złe, tylko tak strasznie potrzebowałam teraz kogoś, kto by mnie przytulił nie pytając o nic. Zrozumiał mnie i pozwolił się wypłakać w ramię. Kolejna łza spłynęła po moim policzku. Otarłam ją wierzchem dłoni. Usiadłam na piasku i spojrzałam na morze. Słońce chowało się w tafli wody. Gdyby nie ono, żylibyśmy w ciągłym mroku i chłodzie. Rozświetla nasze życie, zawsze jest przy nas, choć czasem go nie widzimy. Jest jak przyjaciele. Westchnęłam. Zaczęłam się trząść, a łzy popłynęły po moich policzkach. W końcu zmęczona, usnęłam. Byłam szczęśliwa, normalna. Miałam rodzinę, przyjaciół, męża. Lecz nie był nim Lucyfer. Sen przestał być idealny. Znalazłam się w ciemnym korytarzu, na końcu niego było światło. Musiałam się do niego dostać i to jak najszybciej. Biegłam tak szybko jak mogłam, tylko, że nie poruszałam się. Podłoga pod moimi stopami zaczęła się rozpadać. Spadałam w przepaść. Nie krzyczałam, nie bałam się, czułam spokój. Ktoś potrząsnął mną.
- Véronique. Obudź się.
Otworzyłam oczy i ujrzałam parę ciemnych tęczówek, wpatrujących się we mnie. Znów utonęłam w oczach mojego narzeczonego. To był widok, dla którego warto wstać rano. Miał najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałam.
- Dlaczego tutaj spałaś?- spytał, podając mi rękę, abym mogła wstać.
- Ja..zabiłam go- wyszeptałam.
- Nieśmiertelnego?
- Przyjaciela. On był moim przyjacielem.
- Widzę- odparł, patrząc mi w oczy.
- Więc przestań.
Nie chciałam, żeby widział to wspomnienie. Chciałam je zachować dla siebie.
- Możemy wracać do domu?
Skinęłam głową. Chwycił moją rękę, a moje serce przyśpieszyło. Widziałam kątem oka jak się uśmiecha. Zaklęłam w myślach. Dziewczyno. Opanuj się wreszcie! Ale serce jak na złość biło coraz szybciej.
- Nie sądziłem, że tak na ciebie działam- zaśmiał się.
Czułam, że robię się czerwona na twarzy. Nie! Jęknęłam w myślach. Przestań. Tylko cię trzyma, to nic takiego. Przekonywałam samą siebie, ale moje ciało mówiło co innego. Odwróciłam głowę i spróbowałam się uspokoić. Udało się. Szliśmy razem przez plażę, a ja zapomniałam o smutku po stracie Nataniela. Ujrzałam młodą kobietę z dwójką dzieci. Zaczęłam się zastanawiać czy i ja mogę mieć potomstwo. Oczami wyobraźni widziałam siebie z małym synkiem, którego prowadzę za rączkę, spacerując po plaży. Uśmiechnęłam się. Chciałam dziecka. Chciałam wstawać w nocy, żeby je nakarmić. Chciałam patrzeć jak dorasta, cieszyć się z jego sukcesów, wspierać w porażkach. Chciałam być matką.
Może mogłabym mieć dziecko z człowiekiem? Pomyślałam przelotnie.
- Nie!- krzyknął Lucien, gwałtownie obracając mnie przodem do siebie.- Zabraniam ci!
Jego reakcja jednocześnie mnie zdziwiła i zezłościła. Czułam, że tracę nad sobą kontrolę. On też to poczuł. Odwrócił się ode mnie i spojrzał na wodę. Nie rozumiałam o co mu chodzi. Wychyliłam się zza niego i zobaczyłam ogromną falę zbliżającą się w naszą stronę.
- Co? Jak to się stało?
- Wywołałaś to.
- Ja? To moja wina?
- Chodźmy lepiej stąd.
- Ale ci wszyscy ludzie..
- Nie pomożesz im, już za późno. Spójrz- powiedział wskazując na morze.
Fala była już prawie przy brzegu. Wszyscy, którzy byli na plaży, zaczęli uciekać. Już chciałam posłuchać narzeczonego i przenieść się,gdy ujrzałam chłopczyka, miał może 7 lat, idącego w stronę wody. Puściłam rękę Lucyfera, podbiegłam do dziecka i razem z nim się przeniosłam do domu. Znaleźliśmy się na korytarzu. Chłopiec cały czas płakał, a ja nie potrafiłam go uspokoić.
- Mogłem się tego po tobie spodziewać- oznajmił Lucien, wchodząc do mieszkania.
Obróciłam się w jego stronę.
- Co zamierzasz z nim zrobić?- spytał, wskazując na chłopca.
- Zaopiekować się.
***************************
Jest nowy rozdział. Dostęp do komputera znowu zostanie ograniczony od poniedziałku, rozdziały będę dodawać w soboty. Mam nadzieję, że ten się podoba. (;

sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 6

Minął miesiąc.Opanowałam już swoje moce. Zdarzały się oczywiście chwile słabości, ale zawsze sobie radziłam.Uczucie do Luciena rosło  każdym dniem. Miałam także przyjaciela, nazywał się Nataniel.
- Dobrze wiesz jak się kończą twoje przyjaźnie. Po co to robisz?- spytał Lucyfer.
- Normalni ludzie mają przyjaciół. Staram się być normalna.
Nie rozmawialiśmy więcej o Natanielu. Często się z nim widywałam, zwykle zaraz po pracy. Było w nim jednak coś, co nie dawało mi spokoju. To tylko twoja wyobraźnia. Przestań. Powtarzałam to ciągle. Lucien nie widział go ani razu. Jak co dzień wróciłam do domu.
- Nie możesz się więcej spotykać z tym chłopakiem- oznajmił mój narzeczony, gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania.
- A to dlaczego?- spytałam, zdejmując płaszcz.
- On nie jest człowiekiem. To Nieśmiertelny.
 - Co? O czym ty mówisz? Przecież ty go nawet nie widziałeś.
- Spotkałem go dzisiaj. Nieśmiertelny to prawie anioł. Żaden śmiertelnik go nie widzi. Jest skazany na samotność. Zrobi wszystko, żeby stać się aniołem. Zabije każdego, kto mu w tym przeszkodzi.
- Prawie anioł?- powtórzyłam.
- Tak, niektóre dusze stają się aniołami. Archanioły osobiście je wybierają. Muszą wykonać zadania, które pokażą, czy mogą stać się aniołami. Nieśmiertelny posiadł już całą anielską moc, dlatego jest taki niebezpieczny.
- Tylko, że ja mu w niczym nie przeszkadzam.
- Jeśli nie ukończył przemiany, to musiał zrobić coś strasznego. Teraz musi odpokutować swoje grzechy. Uważa, że zabicie cię załatwi sprawę. Myli się. Archaniołom zależy, na tym, abyś żyła. Dlatego nie chce, żebyś się z nim zadawała.
A więc miał rację. Moje przyjaźnie zawsze kończą się tak samo. Nie mogłam mieć normalnego życia.
- Mam po prostu zacząć go unikać?
- Nie. To nic nie da i tak cię wytropi. Musimy go zabić. Oczywiście mamy tylko jedną szanse, ponieważ, gdy tylko cię zobaczy lub usłyszy będzie wiedział, co chcesz zrobić.
- Jak to zrobimy?
Prychnął.
- Rozmawiasz z Diabłem i martwisz się o to, jak kogoś zabijemy?
- Nie pytam jak zabić kogoś, ale Nieśmiertelnego. Chyba nie nazywa się tak bez powodu.
- Spokojnie, mam swoje sposoby- odpowiedział, mrugając.
Nie mogłam robić nic innego jak zaufać Lucyferowi. Zastanawiałam się czy i ja potrafiłabym go zabić.
- Pewnie tak- odpowiedział Lucien.
Nie skomentowałam tego w żaden sposób. Byłam zmęczona. To za dużo jak na jeden wieczór. Położyłam się do łózka. Dzięki snom mogę oderwać się od tego, co nas otacza. Choć na chwilę zapomnieć i pogrążyć się w krainie marzeń. Niestety czasem nasz umysł nie pozwala na to. Podsuwa nam najgorsze myśli, wtedy sen bywa gorszy niż rzeczywistość. Jest koszmarem. Obudziłam się oblana potem, dysząc ciężko. Nie pamiętałam, co mi się śniło, wiedziała tylko, że nic dobrego.
Wyjrzałam za okno, świtało. Rozejrzałam się dookoła, nigdzie nie było mojego narzeczonego. Nagle pojawił się w przedpokoju. Wyglądał okropnie. Jakby przed chwilą ktoś go pobił. Podbiegłam do niego.
- Co się stało?- spytałam przerażona. Kto mógł doprowadzić go do takiego stanu?!
- Próbowałem.. go zabić- odpowiedział z trudem.
-Próbowałeś-powtórzyłam jak echo, patrząc w jeden punkt.
Próbował. Próbował. Powtarzałam w kółko. Nie udało mu się!
- Co się stało?
- Nie mogę. To musi być ktoś czysty. Ktoś, kto nigdy nikogo nie zabił.
- To muszę być ja.
Nie zgodził się, ale ja go nie słuchałam. Nie był wystarczająco silny, aby mnie zatrzymać i doskonale o tym wiedział. Zastanawiałam się, dlaczego nie chciał, abym walczyła z Natanielem. Uważał, że sobie nie poradzę? Skupiłam się na Nieśmiertelnym i po chwili znalazłam się na plaży. Stał przodem do morza.
- Czekałem na ciebie-powiedział, nie obracając się.
Podeszłam do niego.
- Byłem twoim przyjacielem, a teraz chcesz mnie zabić.
- Jesteś niebezpieczny,
- Nieprzewidywalny.
- Jesteś zabójcą.
- Jestem sobą.
- W jednej chwili jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, a w drogiej dowiaduję się, że mnie zabijesz. Zmieniasz się za szybko.Jesteś jak..- zerknęłam w stronę morza- jak woda.
- Jak człowiek.
-Jestem jak człowiek. Podejmuję złe decyzje, popełniam błędy, ale przecież mam do tego prawo. Tylko, że mam również obowiązek je naprawić- westchnął.
W końcu odwrócił się w moją stronę i spojrzał w moje oczy.
- Musisz zrobić, to co trzeba.
Złapał moją rękę i przyłożył do swojej piersi. Poczułam jak ogarnia mnie spokój. Nie mogłam go zabić.
-Tu. To tutaj musi trafić twoja moc. Skoncentruj się. Wiem, że potrafisz to zrobić. Tylko proszę zrób to szybko- powiedział, a po jego policzku popłynęła łza.
Pokręciłam głową. On był jednak nie ugięty.
- Gdzie trafisz, gdy cię zabije?
- Nigdzie. Przestanę istnieć. Ale wszystko jest lepsze niż samotność. Byłem niewidzialny przez 100 lat. Wyświadczysz mi przysługę. Proszę, dla mnie to będzie jak sen po długim dniu.
Ręce zaczęły mi się trząść, byłam bliska płaczu. Lecz zrobiłam to o co prosił. Przymknęłam powieki Wykorzystałam całą swoją moc. Gdy otworzyłam oczy jego już nie było. Upadłam na kolana i zaczęłam płakać. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie chciałam w to uwierzyć. Schowałam twarz w dłoniach. Był dobry. Był jak człowiek. Zasłużył na spokój, lecz mimo to było mi ciężko. I to bardzo. Otarłam oczy i wstałam. Myślałam nad tym, co powiedział. Wszystko jest lepsze niż samotność. Miał rację. Ja zawsze miałam kogoś obok. Nawet, jeśli byli tylko na chwilę, to ta chwila była na wagę złota. A przyjaźń każdego z nich- bezcenna.
*********************************
Rozdział jest dłuższy. Mam nadzieję, że się podoba.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Rozdział 5

Długo nie mogłam zasnąć, byłam zbyt zdenerwowana. Obudziłam się również dość wcześnie. Lucien znalazł zaułek, gdzie nikt nie chodził.
- Zamknij oczy i znajdź wspomnienie, które cię uspokoi, gdyby coś poszło nie tak- powiedział.
Pierwsze co pojawiło się w mojej głowie, to dzień, w którym poznałam Lucyfera. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Wyrzuciłam to z mojej głowy, zastępując je jednym ze wspomnień, w którym była Kathy.  Otworzyłam oczy i skinęłam głową na znak, że wykonałam polecenie.
- Musisz wiedzieć, kiedy używasz mocy i umieć to kontrolować. W twoim przypadku emocje mogą mieć wpływ na to, kiedy ich użyjesz. Oczywiście najbezpieczniej byłoby, gdybyś się ich pozbyła...
- Zaraz! Mogę pozbyć się emocji?- spytałam, pełna niedowierzania.
- Tak. Myślałem, jednak, że nie będziesz chciała.
- Oczywiście, że nie chcę. Co jeszcze potrafię?
- Wiele rzeczy, prawdopodobnie prawie wszystko.
- A czego nie potrafię?
- Na to pytanie nie znam odpowiedzi- odpowiedział.- Widzisz tamtą dziewczynę?- wskazał na szczupłą brunetkę, która akurat szła w naszą stronę.
Potwierdziłam.
Lucien właśnie otwierał usta, żeby coś powiedzieć, lecz przeszkodzono mu.
- Nie chciałbyś się gdzieś wybrać?- zaproponowała bez ogródek.
Spojrzałam na nią z szeroko otwartymi oczami. Co ona sobie wyobrażała?! Lecz dziewczyna zachowywała się, jakby mnie tu nie było. Kiedy wspięła się na palce, nie wytrzymałam. Poczułam ucisk, a brunetka wylądowała 20 metrów dalej na ziemi. Zamierzałam do niej podejść, lecz mój narzeczony złapał mnie za rękę. Odwróciłam się do niego. Patrzył na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Miałam duży problem z odczytywaniem jego emocji. Postanowiłam popracować nad tym.
- Nie wiedziałem, że jesteś o mnie zazdrosna.
Chciałam zaprzeczyć, powiedzieć, że nigdy w życiu. Był tylko jeden problem. Przed chwilą rzuciłam dziewczyną, za to, że zaproponowała mu spotkanie. Nie wiedziałam co mam powiedzieć, miałam pustkę w głowie. Musiałam to w końcu przyznać. Zależało mi na nim, a w każdym razie nie był mi obojętny. Westchnęłam. Nagle zbliżył się do mnie, moje serce zaczęło bić jak oszalałe. Świadomość, że Lucien to słyszy, sprawiła, że na moich policzkach pojawiły się rumieńce. Uspokój się! Powtarzałam sobie, lecz na nic się to zdało
- Może wrócimy do ćwiczeń- wyszeptał, prosto do mojego ucha. Po moich plecach przeszły dreszcze.
 Ćwiczyliśmy już jakiś czas. Lucyfer wytłumaczył mi, że nie powinnam pozwalać, aby kierowały mną emocje.
- Jeśli wiesz, że nie dasz rady zapanować nad mocą, udaj się w jakieś ciche miejsce, skoncentruj się, przywołaj wspomnienie.
- Dziękuję.- powiedziałam, choć wiedziałam, że robi tego z dobroci serca. Chciał, abym została na Ziemi. Nie wiedziałam, jednak, dlaczego. Przecież teraz potrafił pojawiać się na powierzchni. A może zrobił to dla ciebie? Może mu na tobie zależy? Ta myśl wydawała mi się coraz bardziej realna.
- Jak udało ci się wydostać z Piekła?- spytałam.
-Nie tylko ty uważasz, ze uda ci się mnie zmienić.
Chciałam coś jeszcze odpowiedzieć, lecz brunetka ocknęła się i wstawała.
- Ym.. Myślisz, że pamięta co jej zrobiłam?- spytała pełna obaw. Pewnie nie uwierzono by dziewczynie, lecz zwróciłoby to na nas uwagę.
- Wyczyść jej pamięć- odpowiedział Lucien, przypatrując się kobiecie.
Skupiłam się i weszłam do jej umysłu. Odnalazłam to, czego szukałam i zakryłam to. Wspomnień nie da się usunąć, można je zaryć. Jeśli zrobi się to dobrze, a osoba nie będzie rozpamiętywać tego wydarzenia, nigdy nie zostaną odkryte. Miałam szczerą nadzieję, że zrobiłam to poprawnie.
- Myślę, że nie przypomni sobie tego. A nawet jeśli, to za kilkanaście lat.
Byłam z siebie dumna. Wykonałam zadanie i nie straciłam kontroli.
- Też jestem z ciebie dumny.
Spojrzałam na niego i utonęłam w jego ciemnych oczach. Nie mogłam oderwać wzroku. Kochasz go. Powiedział głosik w mojej głowie. Powoli miałam go dość, lecz miał rację. Musiałam to w końcu przyznać, przynajmniej sama przed sobą.
- Wracajmy już- powiedział.
Przytaknęłam i ruszyliśmy do domu.
******************************************************
Prawdopodobnie kolejny rozdział pojawi się dużo później, gdyż nie będę miała dostępu do komputera. Będzie on dużo dłuższy. Obiecuję.

środa, 8 stycznia 2014

„Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.” 

 Bardzo dziękuję za nominację autorce bloga http://moj-prywatny-pamietnik.blogspot.com/

 Moje odpowiedzi:

1.Planuje z siostrą podróż dookoła świata, chciałabym, żeby wypaliło.       

2.Razem z Natalgą wygłupiałyśmy się, że jestem żona Lucka, stwierdziłam, że w sumie można byto opisać (;                                    

3.Misha Collins <3                                                                                   

 4.Czytam wszystkie blogi, które mi się spodobają, ale najbardziej lubię te o tematyce fantastycznej.                                                                               

5.Moja 'ulubiona piosenka' zmienia się co chwilę, w tej chwili jest to Kansas- Carry on my wayward son                                                          

 6.Podobno lecę na ,,tych złych", ale oprócz tego musiałby być zabawny.      

7.Uważam, że ciekawie opisujesz zwyczajne życie, co jest nie łatwe (; 

8.Nie mam ulubionego, ale lubię ,,3 metry nad niebem"                  

 9.Oglądać Supernatural, spotykać się z przyjaciółmi czytać książki.   

 10.Czytam. Polecam książkę ,,Dotyk Julii" autorstwa Tahereh Mafi. 

11.Myślę, że do Anglii lub Francji.

Moje nominacje:

- http://daughter-of-water.blogspot.com/                            

 - http://pierwszylowca.blogspot.com/                                 

- http://zaplatana-w-mitologie.blogspot.com/                       

 - http://dramiona-la-fin-de-la-vie.blogspot.com/                     

- http://princess-in-slytherin.blogspot.com                         

- http://truth-light-in-the-darkness.blogspot.com/                   

- http://sila-jest-we-mnie.blogspot.com/                             

- http://devils-breath.blogspot.com/                               

 - http://zycie-kociaczka.blogspot.com/                               

- http://owiana-tajemnica.blogspot.com/

Moje pytania (;

1. Co sprawia, że jesteś szczęśliwa/y?                                                             

2. Co Cię zainspirowało do napisania bloga właśnie o tej tematyce, a nie innej?                                                                                                              

3. Jaki film ostatnio obejrzałaś/eś?                                                                 

4. Co doprowadza Cię do łez?                                                                           

5.Kto Cię wspiera w pisaniu tego bloga?                                                       

6.Twoja pasja?                                                                                               

7. Masz jakieś zwierzę?                                                                                  

8. Udało Ci się zwiedzić jakieś kraje? Jeśli tak, to jakie?                               

9. Jakie jest Twoje marzenie?                                                                     

10. Ulubiony gatunek filmu i dlaczego                                                             

11. Z czym sobie nie radzisz? 

Zostałam ponownie nominowana przez 

1. Dlaczego zacząłeś/łaś pisać bloga?

2. Czy uważasz, że jesteś dobry/a w blogowaniu?
Myślę, że jestem całkiem nie zła, ale do perfekcji mi daleko.
 3. Jesteś typem pesymisty, czy optymisty? Dlaczego?
Zdecydowanie optymista.
 4. Jacy jest twój wymarzony typ najlepszego przyjaciela?
Musi być przy mnie, kiedy go potrzebuje, dotrzymywać obietnic..
 5. Jakiego typu książki czytasz?
głównie fantastyczne
 6. Czy wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?
Cytuje moją byłą nauczycielkę ,, Nie istnieje coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia. To jest jedynie zauroczenie, bo żeby się w kimś zakochać trzeba go poznać."
7. Jak opisałbyś/łabyś siebie w kilku słowach?
Boże, jaka ja jestem dziwna.
8. Czy chciałeś/łaś kiedyś być istotą o nadzwyczajnych mocach? Dlaczego akurat taką/ dlaczego nie?
 Chciałam być bohaterem każdej książki, którą przeczytałam. Byłoby to coś innego, przygoda.
9. Wolisz dzień, czy noc i dlaczego?
Noc, lubię spać .
10. Jaka jest twoja ulubiona książka i dlaczego?
Nie umiem wybrać.
 11. Czy przeczytasz mojego bloga?
Czytam (;

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Rozdział 4

 Był rok 1900. W Anglii panowała królowa Wiktoria.  Nie widziałam się z Lucienem od śmierci mojej przyjaciółki, choć czasem miałam wrażenie, że mnie obserwuje. Budziło to we mnie mieszane uczucia. Po części cieszyłam się, że chce wiedzieć co robię. Lecz z drugie strony nie była to jego sprawa. Wciąż byłam na niego wściekła. Wysłał raz demona, aby sprowadził mnie z powrotem do Piekła.
- Wracaj do Podziemia i przekaż Lucyferowi, że jeśli chce mnie widzieć musi osobiście zjawić się na powierzchni.- odpowiedziałam i odesłałam kreaturę. Wiedziałam, że nie może pojawić się na Ziemi, dopóki go nie przywołam. Potrzebowałam czasu.  Zdawałam sobie sprawę, że spotkanie z narzeczonym jest nieuniknione, ale nie byłam jeszcze gotowa. Musiałam uciekać z Anglii. Ludzie zaczęli zauważać, że się nie starzeję. Miałam jednak problem. Dotychczas to Lucien mnie przenosił. Nie wiedziałam, czy sama potrafię coś takiego. Nie miałam najmniejszej ochoty prosić go o cokolwiek. Spróbowałam się skupić. W mojej głowie pojawił się obraz Włoch, przypomniałam sobie to uczucie, które towarzyszyło mi, kiedy byłam przenoszona. Nie było ono przyjemne, lecz nie sprawiało mi dużego dyskomfortu. Nagle powietrze zrobiło się zupełnie inne. Otworzyłam oczy. Byłam w Neapolu. Zegar na wieży wskazywał godzinę 3 rano. Postanowiłam poszukać jakiegoś schronienia na noc. Znalazłam hotel. Mieszkałam w nim, dopóki nie znalazłam domu i pracy. Po miesiącu zaczęłam pracować. Wynajęłam również lokal mieszkalny. Minęły dwa tygodnie. Wszystko układało się znakomicie. No..prawie wszytko. Pewnego dnia, gdy wróciłam z pracy. Zastałam w mieszkaniu Lucyfera.Przez chwilę myślałam, ze to sen. Przecież nie wołałam go. Powoli do niego podeszłam.
- Jak..Jak się tu znalazłeś?- wydusiłam.
On jednak nie zamierzał odpowiadać. Uśmiechnął się kpiąco.
- Po co przyszedłeś?- zadałam inne pytanie.
- Po ciebie. Zabieram cię do domu.
-  Do domu?!- prychnęłam kpiąco.
- Tak, do domu, kazałaś zjawić mi się osobiście, więc jestem.- odpowiedział, wstając.
- Ale jak? Przecież ja nie..
- Nie wzywałaś mnie. Tak wiem. Znalazłem inny sposób.Zapamiętaj, że jeśli czegoś chce, to dostanę to. Prędzej czy później.
- Nie wrócę z tobą do Piekła. - powiedziałam, robiąc krok w tył.
- Nie zaciągnę cię tam siłą, ale uwierz, że wrócisz. Nie wytrzymasz tutaj długo.
- Nie prawda!-wykrzyknęłam, łapiąc się za głowę.
- Z każdym dniem stajesz się coraz silniejsza, już nawet umiesz się przenosić.
- I co z tego?
- Jeśli zabrniesz za daleko, będziesz musiała opuścić Ziemię, jak ja.
- Przecież mówiłeś, że ja mogę zostać.
- Na każdym kroku używasz mocy.Myślisz, że tak szybko dostałabyś pracę, gdyby nie one?
Zastanowiłam się nad tym, co mówił. Może..może miał rację? Nie. On kłamie. Przecież to Diabeł. Nie można mu wierzyć. Z drugiej strony, nigdy mnie nie okłamał. Uwierzyłam mu.
- Jak to zatrzymać?- spytałam.
- Musisz się skupić. Gdy używasz mocy. Co czujesz?
- Jakby coś na mnie naciskało.
- Jeśli to poczujesz, musisz się opanować, skupić. Może uda ci się to zatrzymać.
- Może?- pisnęłam. Nie chciałam spędzać wieczności zamknięta jak Lucyfer.
- Uda ci się.- szepnął mi do ucha.
Spojrzałam na niego. Zmienił się. Ostatni raz, kiedy go widziałam nie było w nim żadnych emocji. Teraz coś w nim drgnęło. Nie potrafiłam, jednak do końca odczytać co czuje. Resztę dnia spędziłam z Lucienem. Nie zadawałam pytań na temat sposobu, dzięki któremu się tu zjawił. Byłam zbyt przejęta jutrzejszym dniem. Od jutra bowiem miałam zacząć opanowywać moce.
*******************************************************



sobota, 28 grudnia 2013

Rozdział 3

Ustaliliśmy z Lucienem "godziny pracy", on zajmował się swoimi sprawami w czasie, kiedy ja pracowałam. Każdy dzień wyglądał ta samo: wstawałam, ubierałam się, szłam do pracy,wracałam do domu wieczorem, gdzie czekał na mnie Lucyfer.  Razem ze mną, w szwalni pracowała dziewczyna o imieniu Katherine. Zaprzyjaźniłyśmy się, pracowałyśmy ze sobą ponad rok. Mogłam jej zaufać we wszystkim. Często przychodziła do mojego domu. Przedstawiłam jej nawet mojego narzeczonego. W jej towarzystwie czułam się zupełnie normalnie. Pewnego dnia nie przyszła do pracy. Postanowiłam odwiedzić ją i sprawdzić czy wszystko w porządku.
Gdy weszłam do jej mieszkania, podszedł do mnie Thomas, jej mąż.
- Tom,czy coś się stało?- spytałam, widząc jego minę.
- Kathy..ona..- zaczął- Ona jest chora- dokończył.
- Co? Ale to nic poważnego, tak?
- Chodź, porozmawiaj z nią.- powiedział i zaprowadził do pokoju, w którym leżała.
Wyglądała okropnie, miała sińce pod oczami i widać było, że jest wyczerpana.
- Nie, nie podchodź. Zarazisz się - wyszeptała.
- W porządku. To nic.- odpowiedziałam. Nie mogła wiedzieć, zenie mogę się zarazić.
Dowiedziałam się, ze zostało jej najwyżej parę miesięcy.
Chciała jednak wykorzystać te chwile, które jej zostały jak najlepiej, niestety, jako kobieta, nie miała wielu możliwości. Mimo wszystko co dzień była uśmiechnięta, z chęcią pomagała innym, w takim stopniu w jakim mogła, gdyż nie wychodziła z budynku. Podziwiałam ją za to. Spytałam Luciena czy może jej jakoś pomóc. Niestety nie mógł. Kathy zmarła w grudniu 1899 roku. Nie miała wielu przyjaciół, więc na pogrzebie byłam tylko ja, jej mąż, matka i siostra. Ceremonia była skromna. Śmierć przyjaciółki załamała mnie. Nie mogłam dojść do siebie.
- Zgon śmiertelnika nie powinien wywoływać u ciebie takich emocji- powiedział Lucyfer głosem wypranym z emocji, gdy wróciliśmy do domu.
Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.
-Mam się nie przejmować odejściem jednej z bliskich mi osób?! Jak możesz mówić coś takiego??- krzyknęłam wstając z kanapy, na której siedziałam.
- Nie wiem, czemu jesteś taka zaskoczona. Jestem Diabłem. Spodziewałaś się, że zacznę za nią płakać?!- warknął, również się podnosząc.
- Nie.Spodziewałam się jednak, że dasz mi czas, aby się z tym pogodzić.- oznajmiłam. Cały smutek i żal po stracie Katherine minął, teraz była jedynie złość. Byłam zła, że musiało spotkać to akurat mnie, powinnam umrzeć już dawno. Nie powinnam spotkać Kathy i teraz cierpieć. Dlaczego musiał wybrać mnie?? To pytanie nie dawało mi spokoju już od bardzo dawna.
- Nie wybrałem cię. Byłaś mi przeznaczona. Musiałem jedynie czekać, aż się narodzisz.
Usiadłam z powrotem. W mojej głowie aż kłębiło się od natłoku emocji, myśli, pytań. Patrzyłam w jeden punkt, próbując wszystko poukładać. Nawet nie zauważyłam, że Lucien zniknął. Choć przyszło mi to z niemałym oporem, zgodziłam się z nim. Czego ja oczekiwałam?? Że nagle upadły anioł będzie jednym z najmilszych stworzeń na tej planecie? Musisz się z tym pogodzić.Zaakceptuj go takim jakim jest. Mówił głos w mojej głowie. Ale ja nie chciałam. Bałam się, że mnie zmieni. Przyszło mi nawet do głowy, że to ja zmienię jego. Choć odrobinę. Od razu odpędziłam od siebie taką myśl. Kim ja byłam, żeby zmieniać Szatana? Jego przyszłą żoną. Znów wtrącił głos. 53 lata temu, gdybyś ktoś mi o tym powiedział, nie uwierzyłabym w to. A teraz? Mam już za sobą wizytę w Piekle. Więc..wszystko jest możliwe. Miałam oczywiście na uwadze, że ja też się zmienię. Już byłam inna niż na początku. Nie przywiązywałam do tego zbytniej uwagi. Położyłam się spać z myślą, że jestem zdolna do wszystkiego.
Następnego ranka wstałam z dość dobrym humorem, lecz to się zmieniło, gdy przypomniałam sobie o wczorajszym dniu. Musiałam iść do pracy, choć nie miałam na to najmniejszej ochoty. Usiadłam na swoim miejscu i spojrzałam w prawo, powinna tam siedzieć Katherine, lecz nie było jej. I już nigdy nie będzie. Przestań się użalać, Véronique. Rozkazałam sobie. Dzień minął niesamowicie szybko. Nie byłam jeszcze gotowa na spotkanie z Lucyferem, więc po prostu przygotowałam sobie posiłek i spędziłam zwyczajny dzień.
*************************************************
Jest rozdział 3. Starałam się rozwinąć watek. Mam nadzieję, ze wyszło nie źle. Pozdrawiam i Udanego Sylwestra :*

wtorek, 24 grudnia 2013

Rozdział 2

Stałam i wpatrywałam się w niego. W końcu odzyskałam władzę nad swoim ciałem. Podeszłam i wymierzyłam mu siarczysty policzek. On nadal milczał. Chciałam wiedzieć dlaczego, dlaczego zostawił mnie i dlaczego nie starzeje się. Otworzyłam usta, żeby zacząć zadawać pytania, lecz Lucien mnie ubiegł.
- To był test - powiedział bez ogródek- Zdałaś go.
- J..jaki test? - wyjąkałam, nie wiele rozumiejąc.
- Véronique, zastanów się. Przecież sama do tego doszłaś, gdy twoja matka umarła. Wiem, że rozmawiałaś o tym z pastorem.
- Jesteś Lucyfer - powiedziałam, patrząc mu w oczy.
Nie odpowiedział, ale nie byłam głupia. Wiedziałam, co oznacza jego milczenie.
- Powinnam posłuchać pastora, powinnam pomóc mu cię odnaleźć.
Zaśmiał się kpiąco.
- Naprawdę uważasz, że ktokolwiek, oprócz ciebie, mnie w tej chwili widzi?
Rozejrzałam się wokół. Miał rację, nikt nie zwracał na nas najmniejszej uwagi. Wszyscy przechodzili obok, nawet się nie oglądając. Ale skoro nikogo nie zastanowiło, że rozmawiam sama ze sobą, to czy..
- Tak, ciebie również nie widać. Ludzie są niedoskonali, ich wzrok nie jest w stanie pojąć wszystkiego. Mają więcej wad, niż cokolwiek na tej planecie.
- Byłam kiedyś jednym z nich - powiedziałam twardo.
- Nie, nigdy nie należałaś do ich gatunku. Nie wychodziłbym z Piekła dla jakiejś tam śmiertelniczki.
-To kim jestem?
- Kimś, kto zostanie moją żoną.
-Taa..jasne. Nie pójdę z tobą do Piekła.
- Nie musisz. Nawet wolałbym, żebyś została tutaj. Ja muszę wracać na dół, ale gdziekolwiek będziesz, oprócz Nieba, jeśli mnie zawołasz, będę musiał do ciebie przyjść.
-Aha - tylko tyle mogłam wydusić, po chwili ciszy dodałam- A co, jeśli się nie zgodzę?
- Nic,ale w końcu i tak mnie zawołasz i się zgodzisz.
- Genialnie. A teraz, chce się stać widzialna!- wybuchłam.
Znalazłam się na środku ulicy. Koś do mnie podszedł i zaczął zadawać pytania. Spławiłam go, mówiąc, że wszystko w porządku i odeszłam. Obok mnie pojawił się Lucien.
- Miałeś zniknąć- powiedziałam.
- Nie. Chciałaś być widzialna.
- Skoro sprawiłeś, że ludzie mnie widzą, to może jeszcze znikniesz??- miałam go serdecznie dość.
- Ale to ty, nie ja. Ty decydujesz, kiedy jesteś w powłoce ludzkiej, a kiedy w normalnej.
- W normalnej??
- Tak, w tej, w której ludzie cię nie widzą.
Tego było za wiele. Mój mózg nie potrafił tego ogarnąć. Potarłam skronie palcami i przymknęłam oczy.
- Zniknij, Lucyfer. Proszę cię - wyszeptałam.
Kiedy uchyliłam powieki nie było go. Przechadzałam się po mieście, starając się wszystko  ułożyć.
Nie widziałam więcej Luciena. Podróżowałam po Stanach, pracując tam gdzie mnie przyjęli. Aż do 1861 roku, kiedy wybuchła wojna secesyjna. Byłam wtedy w Karolinie Północnej. Po ataku
konfederatów na Fort Sumter, nie chciałam dłużej zostać w Ameryce, wezwałam go. Poprosiłam, aby ukrył mnie gdzieś, przynajmniej na czas wojny. Teraz zdaje sobie sprawę, jak źle postąpiłam. Jestem nieśmiertelna, mogłam pomóc. Może zginęłoby mniej ludzi. Ale wtedy myślałam tylko o tym, żeby uciec, uciec jak najdalej od tego wszystkiego. Zabrał mnie do Piekła. Nie wiem, co ludzie wyobrażają sobie, gdy to słyszą. Kilka wielkich sal, w każdej z nich są tysiące pomieszczeń z kratami, około 2mx2m. Każda skazana dusza odbywa tam swoją karę. Każda ma inną, w zależności od tego co zrobił. Jest również Wielka Sala, tam Diabeł decyduje, co stanie się ze skazańcami. W innej części znajduje się mój pokój. Tak w Piekle jest pokój. Może to zaskoczenie, ale żona Szatana śpi. Na powierzchnię wróciłam w 1897 roku. Przez ten czas, kiedy byłam  w Podziemnej Krainie, pomagałam mu. On nie zawsze był sprawiedliwy, żywił czasem do kogoś urazę, wtedy przypominałam mu, że każdy zasługuje na sprawiedliwość. Parę razy wynikły z tego spore kłótnie. Zaczął wtedy wspominać Boga i powód dlaczego go strącił. Sprzeczki kończyły się równie szybko, jak zaczynały. Miał rację. Coś się zmieniło, czasem myślałam o tym, jakby to było, gdybym się zgodziła i wyszła za niego. Natychmiast odtrącałam od siebie takie wizje i karciłam za to w myślach. Lecz powracały one coraz częściej i częściej. Gdy tylko sytuacja się ustabilizowała, postanowiłam wrócić za Ziemię. Prezydentem był wówczas Andrew Johnson. Znów pracowałam jako krawcowa, tym razem zarobki były znacznie większe. Widywałam się z Lucienem bardzo często, niekiedy 2 razy dziennie. Po roku, postanowiłam przeprowadzić się do Cambridge, w Anglii.
**************************************************************************
 Starałam się bardziej rozwijać wątki. Oczywiście z każdym rozdziałem, będzie szło mi to coraz lepiej, a w każdym razie na to liczę. (; Proszę o wasze szczere opinie.
Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku ! ;)

niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział 1

Lucien był wspaniałym chłopakiem, choć trochę tajemniczym. Miałam wrażenie, że nie mówi mi wszystkiego. Nie przejmowałam się tym wtedy. Okazał się nie być zwykłym robotnikiem, lecz synem wpływowego polityka. Mama z początku podchodziła do niego z dystansem, lecz po krótkim czasie w pełni go zaakceptowała. On i jego rodzina bardzo nas wspierali. W końcu oświadczył mi się. Byłam tak szczęśliwa, jak jeszcze nigdy. Ślub zaplanowano na 20 stycznia 1846 roku. Lecz dzień przed ślubem Lucien wyjechał bez słowa. Nie potrafiłam się z tym pogodzić. Nie rozumiałam, dlaczego tak postąpił. Załamałam się. Lecz panował wówczas kryzys gospodarczy i nie mogłam pozwolić sobie na złamane serce, musiałam pomóc mamie i ojczymowi. Znów podjęłam się pracy. Mówili mi, żebym znalazła sobie innego męża jak najszybciej. Mieli racje. Nie miałam już 18 lat. Zbliżałam się do 30.  Powtarzali, że nic nie trwa wiecznie, moja uroda także. Mówili, że moje blond włosy w końcu zaczną siwieć, a na mojej skórze zaczną pojawiać się zmarszczki. Ale nie chciałam ich wtedy słuchać. Spędziłam rok, czekając na mojego niedoszłego męża. Cały czas wierzyłam, że zjawi się i znów będę szczęśliwa. Nic takiego się nie stało. Żyłam, więc moim życiem, lecz nie było to życie, raczej egzystencja.Narzeczony zabrał mi coś. Nie mogłam dojść, jednak co to było. W końcu spostrzegłam, że nie starzeję się.Inni również zaczęli to zauważać, duchowni mieli podejrzenia. Moja mama zachorowała w lutym 1850 roku. Lekarze nie mogli jej pomóc. Miesiąc później zmarła. Charles nie był już tym samym człowiekiem. Mówił, że to wszystko moja wina. Przeze mnie mama umarła. Zaczęłam w to wierzyć. Uciekłam w czerwcu tego samego roku. Wciąż wyglądałam na 20 lat. Udałam się na południe kraju, do osady o nazwie Grenoble. Zaczęłam pracować jako krawcowa. Byłam w tym dobra, więc przynosiło mi to przyzwoity zarobek. Spotkałam tam mężczyznę, o imieniu Marcel. Zaprzyjaźniliśmy się, wprowadziłam się do niego. Jego praca przynosiła większe zyski niż moja, mieliśmy układ on pracuje, ja gotuje. Był on świetnym przyjacielem. W 1852 roku nastały czasy wielkiego rozwoju przemysłu. Było idealnie. Wstawaliśmy rano, Marcel szedł do pracy, a ja zajmowałam się domem. Lecz zaczął on oczekiwać czegoś więcej. A ja ciągle czułam coś do Luciena. Cały czas, odkąd opuściłam dom, miałam uczucie, ze powinnam wyjechać z kraju, udać się do Stanów Zjednoczonych, konkretniej do Kalifornii . Uczucie to zaczęło się przeradzać w obsesję, po prostu musiałam wyjechać. Wytrzymałam rok, później opuściłam mojego przyjaciela. Nie wiedziałam od czego zacząć, jak dostać się za ocean?  Po miesiącu podróży dotarłam do jednego z portów morskich, nie przywiązywałam uwagi do jego nazwy, wypływał właśnie statek, wkradłam się na jego pokład. Wiedziałam dokładnie, że zabierze mnie na miejsce. Dotarłam do Los Angeles w maju 1854 roku. Nie wiedziałam co dalej. Chodziłam po mieście bez żadnego celu. Wtedy dostrzegłam go. Stał z rękoma w kieszeniach i przyglądał mi się jak gdyby nigdy nic. Jakby nigdy mnie nie opuścił. Stałam przed nim w podartej, brudnej sukni, byłam okropnie zmęczona. Powinnam być wściekła, lecz poczułam jedynie ulgę.

Wstęp

Ile rzeczy może zmienić się przez zaledwie jeden wiek... Ludzie są jak woda, nieprzewidywalni, zmieniają się strasznie szybko. Trudno za nimi nadążyć. Nazywam się Véronique Roux i jestem żoną Lucyfera. Podjęłam decyzję, za którą w XVIII wieku spalono by mnie na stosie. Zakochałam się w Diable, lecz wtedy Szatana postrzegano zupełnie inaczej. Był on samotnikiem, upadłym aniołem, który po prostu powiedział "nie" szefowi. Ale zacznijmy od początku. Urodziłam się 19 października 1820 roku we Francji, w Paryżu. Mój ojciec Hugo, w kwietniu 1823 został wysłany do Hiszpanii. Nigdy nie wrócił. Moja mama, Jeanne, wyszła ponownie za mąż za robotnika, o imieniu Charles. Nie żyło nam się najlepiej,ale dawaliśmy radę. W 1830 roku wzrosła liczba maszyn parowych. Życie robotników nie było kolorowe, musiałam zacząć pracować.Pracowałam w nocy. W 1838 roku spotkałam chłopaka, o imieniu Lucien. Była to "miłość od pierwszego wejrzenia".  To tutaj zaczyna się moja opowieść, która trwa do dziś.